Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by dwóch braci stanęło naprzeciw siebie na tym szczeblu rozgrywek. Stephen i Seth Curry, do tej pory rzadko stawiani naprzeciw siebie jako rywale, już dziś staną do walki o Mistrzostwo Konferencji Zachodniej. I choć pełnią w swoich drużynach odmienne role, obaj będą mieli duży wpływ na losy serii.

 

Większego wpływu, rzecz jasna, wymaga się od Stepha. Pod nieobecność Kevina Duranta 2-krotny MVP sezonu regularnego przejął kontrolę w meczu numer 6 w Houston i wraz z kolegami po raz trzeci w czterech ostatnich sezonach wyeliminował Rockets z play offów. KD nie zagra także w meczu otwierającym serię – więc światła reflektorów znów zwrócone będą w kierunku starszego z braci Curry.

Niech nie zmyli Was jednak narracja, do której przyzwyczailiśmy się przez ostatnie lata. Seth to już nie tylko ten młodszy brat, który poszedł w jego ślady. W obecnym sezonie Seth Curry to ktoś, z kim obrońcy muszą się liczyć.

W swojej ledwie 5-letniej karierze, młodszy z braci odwiedził 6 klubów. W trzech z nich (Cavs, Grizzlies, Suns) zagrał w sumie 4 mecze. W Sacramento spędzał na parkiecie średnio 15 minut na mecz, dał się jednak poznać jako niezły strzelec (45% zza łuku). Po przenosinach do Dallas jego minuty poszybowały w górę, tak samo jak notowania. 42 starty na 70 spotkań i prawie 13 punktów na mecz zwróciło uwagę reszty ligi. Seth to już nie tylko zawodnik grający na nazwisku swojego brata – to ciężko pracujący, obdarzony równie pewną ręką obrońca. Jego idącą w dobrym kierunku przygodę z NBA nieoczekiwanie przerwała kontuzja, która wyeliminowała go z całego sezonu 2017/2018. Seth pożegnał się z Dallas i minionego lata dołączył do Trail Blazers, którzy właśnie zostali rozbici przez New Orleans Pelicans w pierwszej rundzie play offs.

W Portland jego minuty znów poszły w dół – ale nie efektywność. Ze 113 trafionymi trójkami na 45% skuteczności Seth stał się trzecim najlepszym strzelcem w lidze, wyprzedzając nawet o jedną pozycję swojego brata (choć ten, fakt faktem, oddał ponad 3 razy więcej rzutów). Dużo ważniejszy był jednak fakt, że 28-latek znalazł się w ciekawym kolektywie zawodników, w którym Terry Stotts od razu znalazł mu miejsce. Curry nie grał dużo, miał jednak jasno określone zadanie, a jego pewność siebie wzrastała z miesiąca na miesiąc. W efekcie trener Blazers dysponuje dziś bronią, która może i nie decyduje o losach meczów, potrafi jednak wpłynąć na ich przebieg – popatrzcie tylko na video powyżej.

Dla nas oglądanie braci grających naprzeciw siebie to nie lada gratka. Dla ich rodziców – nie lada dylemat. Dell Curry i jego żona postanowili, że najlepszym rozwiązaniem sporu o to, komu powinni kibicować, będzie…rzut monetą. Przed każdym meczem.

Koszulki w barwach obu drużyn? To zbyt łatwe. Rzut monetą zadecyduje o tym, którego z braci w danym meczu wspierać będzie ojciec, a którego matka.

Normalnie nie denerwuję się w trakcie meczów, w których grają. Ale teraz, w obliczu tego, że zagrają naprzeciw siebie, trochę się stresuję.

Stres przysłonić może duma – Dell nie tylko wychował syna, który zrewolucjonizował koszykówkę i wygrał 3 pierścienie w ciągu 4 ostatnich lat. Wychował też drugiego, który wraz z kolegami za wszelką cenę postara się zrzucić brata i jego zespół z piedestału.

Początek serii już w nocy z wtorku na środę o 3:00 naszego czasu.

fot. Charlotte Observer
Czytaj także: Porzingis znów w tarapatach!