Kawhi Leonard i długo długo nic. Tak przez większość czterech pierwszych spotkań tej serii wyglądała ofensywa Toronto Raptors. Aż do dziś. Podopieczni Nicka Nurse’a zdjęli nieco ciężaru z barków swojego gwiazdora i zdominowali 76ers, wygrywając drugi mecz z rzędu.

 

Philadelphia 76ers – Toronto Raptors 89:125

Kiedy w meczu numer 3 to Sixers wygrali po raz drugi z rzędu, a Joel Embiid rzucił 33 punkty, większość z nas szykowała się do postawienia na Raptors krzyżyka. Nierzadko pozbawiony pomocy Kawhi Leonard, choć robił co mógł, nie był w stanie przez pełne 48 minut konkurować z kolektywem gwiazd z Filadelfii. W meczu numer 4 skrzydłowy Raptors wspiął się na wyżyny (czy na pewno?) swoich możliwości i działając momentami w pojedynkę, załatwił swojej drużynie remis. Nadal to 76ers wydawali się jednak faworytami do awansu.

Dziś większość z nich po prostu zniknęła, podczas gdy koledzy przybyli Leonardowi z pomocą.

Co stało się z Joelem Embiidem? Od kilku dni zmaga się z chorobą. Rano przed meczem opuścił rozgrzewkę, a w jego trakcie nie radził sobie z Marc’iem Gasolem, po obu stronach parkietu. Brett Brown broni go twierdząc, że krytyka jego gry w tych okolicznościach jest nieuzasadniona. Pytanie więc – dlaczego spędza na parkiecie więcej czasu niż Butler czy Simmons?

Joel popełnił dziś 8 strat i był cieniem samego siebie. W dwóch ostatnich meczach trafił ledwie 7 rzutów i miał 14 zbiórek. Nie lepiej wypada Ben Simmons, którego Raptors praktycznie wykluczyli w tym czasie z gry ofensywnej. W drugiej i czwartej kwarcie Sixers nie rzucili nawet 20 punktów, a po bronionej stronie parkietu byli wręcz torturowani z każdej strony. Danny Green pięciokrotnie trafił z dystansu, Pascal Siakam rzucił najlepsze w meczu 25 punktów i razem z Leonardem i Lowrym aż 26-krotnie wysyłany został na linię osobistych. Raptors niemal nie mylili się z tej odległości (29/33).

Kawhi robił swoje (21pkt/13zb). Nie musiał dokonywać cudów, spudłował wszystkie 4 próby z dystansu, ale tego wieczoru kibice Raptors mogli wybaczyć mu wszystkie błędy. A umówmy się – w tych play offach robi ich mniej, niż ktokolwiek inny w lidze.

Game 6 w nocy z czwartku na piątek.

fot. Jesse D. Garrabrant
Czytaj także: Demolka w Kolorado!