Nie ma co przekreślać Raptors. Dwane Casey poczynił zmiany  w składzie, DeMar DeRozan nie zagra już słabszego meczu niż Game 2, a Kyle Lowry nie boi się brać na siebie odpowiedzialności w końcówce. Ty sposobem Toronto wygrało wczoraj w Milwaukee i wyrównało stan serii.

 

Toronto Raptors – Milwaukee Bucks 87:76 (2:2)

Wynik mówi sam za siebie – to nie był mecz z gatunku tych najładniejszych. Były twarde pojedynki pod koszami, nieustępliwa obrona i problemy ze skutecznością. Wszystko, co najlepsze, gdy przychodzi do meczu decydującego o losach całej serii.

Nie tylko seria była tu z resztą w puli. W razie zwycięstwa Bucks, ten mecz mógł zadecydować także o przyszłości Toronto Raptors. Gdyby przegrali, musieliby wygrać trzy kolejne spotkania przeciwko świetnie ułożonej drużynie Jasona Kidda. W przeciwnym razie w Kanadzie szykowałyby się poważne zmiany. Póki co są one odłożone na czas nieokreślony.

Dwane Casey dokonał jednej zmiany w pierwszej piątce po druzgocącej porażce w Game 3. Zamiast Jonasa Valanciunasa od początku wybiegł Norman Powell, a na środek przesunięty został Serge Ibaka. Powell dał Raptors to, czego potrzebowali – energię od początku spotkania i świetną postawę w defensywie. Defensywa była z resztą kluczem do zwycięstwa we wczorajszym meczu. Raptors wymusili na gospodarzach 21 strat i zatrzymali ich na 37% skuteczności. Valanciunas także nie zamierzał strzelać fochów za brak miejsca w s5 – wrócił w najlepszym możliwym momencie, trafiając ważne rzuty w czwartej kwarcie, a na przełomie całego spotkania nie spudłował ani jednej próby z gry.

Sprawdź, jakie produkty wybraliśmy dla Ciebie!

Tymczasem match-up, który do tej pory najbardziej decydował o wynikach poszczególnych spotkań, sprawdził się także i dziś. Po pamiętnym 0/8 z gry w Game 3. DeMar DeRozan wrócił z nastawieniem, z którym prawdopodobnie zdobyłby Mount Everest. Naturalnie w stroju Toronto. Jego podejście do gry przypominało nieco Russella Westbrooka za Game 3 w Oklahomie. DeMar nie forsował rzutów, zamiast tego raczej dochodził to wygodnych dla niego pozycji. Gdy Bucks nie mogli go zatrzymać, wysyłali go na linię, skąd był nieomylny. W sumie DeRozan rzucił w drugim meczu w Milwaukee 33 punkty, trafiając 12 na 22 rzuty. W drugiej połowie miał wsparcie Kyle’a Lowry’ego, który rzucił w niej 14 ze swoich 18 oczek.

Vis-à-vis DeRozana, najsłabszy mecz w tej serii rozgrywał Giannis Antetokounmpo (14pkt). Oprócz drugiej kwarty, w której był nie do zatrzymania dla obrońców Raptors i trafił pięć rzutów, utrzymując Bucks w grze, Giannis miał poważne problemy w ofensywie. W pozostałych trzech odsłonach trafił zaledwie jeden rzut i zakończył mecz ze skutecznością 6/19, popełniając przy tym także 7 strat.  Żaden z graczy Bucks nie miał dziś z resztą łatwego życia pod koszem Raptors. Tylko Tony Snell (19pkt) może pochwalić się ponad 50% skutecznością z gry.

Wracając jeszcze do tej drugiej kwarty Giannisa:

https://www.youtube.com/watch?v=yQhniqU5DGo

Bucks udało się wyrównać przed przerwą. W drugiej połowie rzucili jednak ledwie 35 punktów, trafiając 31% z gry.

Seria wraca do Toronto. Czy oznacza to koniec problemów dla Raptors? Ani trochę. Mimo wczorajszej wpadki to nadal Bucks robią lepsze wrażenie na przestrzeni czterech spotkań. I to nadal Raptors są pod dużo większą presją.

Game 5 w nocy z poniedziałku na wtorek o 1:00.

Czytaj także: Koniec sezonu dla Blake’a Griffina…
fot. Twitter.com/Raptors
Grzegorz Kordylas
@NBAwithGK