Po raz pierwszy od 17 lat, Toronto Raptors rozpoczęli fazę play-offs od zwycięstwa. Zwycięstwa okraszonego sporą porcją nerwów, bowiem po dominującym początku gospodarze spuścili nieco z tonu i dali się dogonić, a nawet przegonić podopiecznym Scotta Brooksa. W końcówce znów narzucili jednak tempo, do którego przyzwyczaili nas w sezonie regularnym i wreszcie mogą cieszyć się ze zwycięstwa w Game 1. Czy od teraz będzie już tylko łatwiej?

 

Washington Wizards – Toronto Raptors 106:114

Aby tego dokonać, Raptors potrzebowali nowego rekordu trafionych trójek w meczu play-offs (16/30) i kilku nieoczekiwanych bohaterów. DeMar DeRozan i Kyle Lowry zbyt często nie mogli znaleźć sposobu na defensywę Wizards.  Obaj trafili w sumie 10 z 28 rzutów i choć DeRozan odegrał kluczową rolę w trzeciej kwarcie, zdobywając w niej 12 ze swoich 17 punktów, na pierwszy rzut oka widać było, że gwiazdorzy Toronto potrzebują wsparcia. Na szczęście dla Dwane Caseya, wielu zawodników Raptors chciało zebrać owację od kibiców, którzy w Air Canada Center nie zamilkli dziś ani na chwilę. Od początku spotkania ze znakomitej strony pokazał się OG Anunoby (12pkt), który wyszedł w pierwszej piątce. W jego ślady poszli CJ Miles oraz Delon Wright (18pkt), którzy swoimi trójkami nie raz ratowali skórę gospodarzy.

Niemal przez całą drugą połowę oglądaliśmy walkę punkt za punkt. W połowie czwartej kwarty Raptors udało się przeprowadzić run, który miał decydujący wpływ na wynik całego spotkania. Jeszcze na nieco ponad 8 minut przed końcem, Marcin Gortat (12pkt) wyprowadził Wizards na jednopunktowe prowadzenie. Od tamtej pory, głównie za sprawą trójek Wrighta i Milesa, Raptors przeprowadzili run 14-1, po którym goście nie byli w stanie się pozbierać. Kilka szans na zmniejszenie straty miał Wall, jednak rozgrywającemu Wizards dużo lepiej wychodziło wczoraj asystowanie (15 asyst), niż rzucanie (6/20 z gry), i choć koniec końców uzbierał 23 oczka, jego wejścia pod kosz w ostatnich minutach kończyły się stratą, lub pudłem.

Podczas gdy Wizards polegali więc głównie na trójce Wall-Beal-Morris, Raptors siłą rzeczy musieli znaleźć mnóstwo różnych opcji, by zakończyć ten mecz na własnych zasadach. Póki co trudno powiedzieć, czego możemy spodziewać się po drugim meczu tej serii. Obie drużyny są bardzo nieprzewidywalne i możemy być pewni tylko tego, że znów czeka nas walka łeb w łeb.

To będzie dobra seria.

Grzegorz Kordylas
fot. Tom Szczerbowski/Getty Images
Czytaj także: Pierwsza niespodzianka! Pelicans lepsi w Portland