Rzadko zdarza się, żebyśmy chwalili Jamesa Hardena za grę w obronie bardziej, niż za postawę w ataku. Dziś to właśnie defensywę Rockets śmiało możemy wskazać, jako główny powód wygranej, a w powrocie po 7-meczowej absencji to wcale nie Harden był postacią numer jeden w drużynie Mike’a D’Antoniego.

 

Timberwolves-Rockets 98:116

Po raz ostatni Timberwolves wygrali w Houston prawie 6 lat temu i także dziś, w obliczu powrotu Jamesa Hardena do składu, nie byli stawiani w roli faworytów. Mike D’Antoni nie mógł skorzystać z zawieszonego Trevora Arizy, więc do pierwszej piątki wskoczył Luc Mbah a Moute, a jego obecność goście odczuli od pierwszych minut spotkana.

Z Mbah a Moute, Capelą i Paulem na parkiecie, Rockets to ciężka ekipa nawet dla tak utalentowanych w ataku zawodników jak ci, którymi dysponuje Tom Thibodeau. W efekcie Timberwolves rzucili w pierwszej kwarcie zaledwie 17 punktów i przez resztę meczu zmuszeni byli gonić wynik. Nie tylko po ich stronie pojawiły się jednak problemy ze skutecznością. James Harden po powrocie nie był do końca sobą i trafił tylko 3 z 15 oddanych rzutów. Brak celności uzupełnił 7 asystami, a za punktowanie wzięli się inni.

Podczas absencji Jamesa Hardena, Eric Gordon dwukrotnie rzucał po 30 punktów. Po jego powrocie, najlepszy rezerwowy minionego sezonu skorzystał z miejsca, które obrońcy Wolves zostawiali, pilnując Hardena, i wystrzelił po raz kolejny. Najlepsze w sezonie 7 trójek, w tym jedna, która tuż przed rozpoczęciem 4. kwarty prawdopodobnie odebrała gościom chęci do dalszego wysiłku.

19 punktów przewagi, piątka od właściciela klubu – Tilmana Fertitty, który akurat siedział blisko i kolejny występ, z którego 29-latek może być dumny.

Rockets trafili dziś 17 z 39 rzutów za trzy, a goście nie mieli szans za nimi nadążyć. W meczach, w których podopieczni Mike’a D’Antoniego trafiają przynajmniej 15 trójek, ich bilans w obecnym sezonie wynosi 24-4.  Timberwolves przegrali drugi mecz z rzędu po serii 5 zwycięstw, a przed nimi równie trudny mecz z Raptors u siebie.

Przed Rockets jeden dzień odpoczynku, ale i ich terminarz nie oszczędził. W sobotę grają u siebie z Golden State Warriors w trzecim, i ostatnim bezpośrednim pojedynku w sezonie regularnym.

Grzegorz Kordylas
fot. NBA.com
Czytaj także: Embiid rezygnuje z Rihanny