Trudno w to uwierzyć, ale pojedynek Cavaliers i Magic był spotkaniem zespołów, które 2018 rok zaczęły na Wschodzie najgorzej. Obie drużyny przegrały 8 z 10 ostatnich spotkań i o ile w Orlando raczej pogodzili się już ze straconym sezonem, Cavaliers na gwałt potrzebowali zwycięstwa, które choć trochę poprawi im morale.

 

Orlando MagicCleveland Cavaliers 103:104

Nie do końca tego spodziewali się jednak kibice w Q.

Fantastyczną pierwszą połowę, w której Cavs zbudowali wysoką przewagę, przyćmiły mijające minuty drugiej części, w której Magic powoli zaczęli dochodzić do głosu. W efekcie wicemistrzowie NBA, których w ostatnich tygodniach dopadł niemały kryzys, zmarnowali 23-punktowe prowadzenie, grając u siebie przeciwko najsłabszej drużynie Konferencji Wschodniej.

Oczywiście, to NBA, a najsłabsza nie znaczy tu słaba, ale fakt, że Magic byli o kilka centymetrów od wygranej po rzucie Elfrida Paytona i dobitce Bismacka Biyombo, nie świadczy dobrze o końcówce w wykonaniu gospodarzy.

 

Ale po kolei, bo od pierwszych minut fani Cavaliers mieli sporo okazji do oklasków. Przede wszystkim – Tyronn Lue po raz pierwszy w tym sezonie mógł skorzystać z pełnego line-upu, włączając w to Derricka Rose’a i Isaiah Thomasa. D-Rose pojawił się na parkiecie po raz pierwszy od 7. listopada, kiedy to w bardzo feralny sposób skręcił kostkę w meczu z Bucks. W międzyczasie rozważał zakończenie koszykarskiej kariery i opuścił drużynę na wiele dni. Dziś wrócił jednak do składu i nawet mimo limitu minut świetnie było znów zobaczyć go biegającego po boisku.

Po drugie – Cavs rozpoczęli z wysokiego C i przez kilkanaście minut znów przypominali maszynę, która rozjeżdżała rywali na przełomie listopada i grudnia. LeBron James i spółka asystowali sobie przy 9 z 11 trafionych rzutów na początku spotkania, a gdy Cavaliers ze sobą współpracują, mało kto ma receptę na to, by ich zatrzymać.

W efekcie podopieczni Tyronna Lue rzucili w pierwszej połowie 67 punktów. Po przerwie wszystko obróciło się jednak o 180 stopni – Cavs, zamiast asystować, zaczęli tracić piłkę. Po 9 asystach całej drużyny w pierwszych minutach, przez resztę spotkania rozdali ich zaledwie 13, notując przy okazji aż 19 strat.

6 z nich zanotował LeBron James, a Cavaliers w drugich 24 minutach spotkania zdołali zaaplikować czwartej najgorszej defensywie w lidze zaledwie 37 punktów i ot tak blowout zamienił nam się w emocjonującą końcówkę.

Sprawdź produkty, które wybraliśmy dla Ciebie!

Od czego ma się jednak Isaiah Thomasa. W czwartej kwarcie, gdy wynik meczu był sprawą otwartą, IT najpierw trafił trójkę nad Aaronem Gordonem, a chwilę później dorzucił trafienie z półdystansu, wyprowadzając Cavs na 7-punktowe prowadzenie, 5 minut przed końcem. Tu rozpoczął się jednak festiwal nieporadności w ataku i nieuwagi w obronie. Elfrid Payton dwukrotnie znalazł niepilnowanych kolegów pod koszem, a Cavaliers spudłowali pięć rzutów z gry z rzędu, popełniając w tym czasie dwie straty. Na 30 sekund przed końcową syreną Magic przeprowadzili akcję, w której obrona gospodarzy praktycznie nie uczestniczyła. Aaron Gordon spudłował co prawda rzut z dystansu, piłkę zebrał jednak niepilnowany Shelvin Mack i z łatwością umieścił ją w koszu, wyprowadzając gości na pierwsze w tym meczu prowadzenie – 103:102.

Nadszedł więc czas, by IT pokazał, w jakim celu sprowadzono go do Cleveland. W ostatniej akcji ofensywnej tego meczu wziął na siebie odpowiedzialność i dość ryzykownie wbił się w pomalowane gości. Miał trochę szczęścia, został bowiem sfaulowany przez Shelvina Macka i wysłany na linię osobistych.

21 punków, pierwszy game winner w barwach Cavs i pierwsze zwycięstwo od 4 spotkań dla drużyny Tyronna Lue. Nie był to może idealny scenariusz, ale lepsze takie zwycięstwo, niż żadne.

Trener Lue przyznał po meczu, że koledzy muszą zdecydowanie częściej obsługiwać Kevina Love, który w tym sezonie przechodzi obok wielu spotkań. W pięciu ostatnich meczach spisał się właściwie tylko przeciwko Pacers. W meczach z Wolves, Raptors i Magic trafił w sumie zaledwie 6 z 25 oddanych rzutów.

Grzegorz Kordylas
fot. FOX Sports
Czytaj także: Rockets dominują, Harden ma kaca po odpoczynku