Czy dzisiejszy mecz był ostatnim w barwach Cavaliers dla LeBrona Jamesa? Nawet jeśli nie, kibice w Quicken Loans Arena postarali się, by King James nie miał wątpliwości, że są mu bardzo wdzięczni za występy w tym sezonie.

 

James dokonywał podczas tych play-offów rzeczy niemożliwych. Kilkukrotnie ratował Cavs przed przedwczesnym odpadnięciem z rozgrywek. Blisko katastrofy było już w pierwszej rundzie z Indianą. W 7 meczu Pacers postawili bardzo trudne warunki i do końca walczyli o sprawienie ogromnej niespodzianki. James zrobił jednak swoje – po raz trzeci w tej serii rzucił ponad 40 punktów (45) i poprowadził Cavs do zwycięstwa 105-101.

W serii z Toronto właściwie w pojedynkę odprawił podopiecznych Dwane Caseya z kwitkiem (tu cała seria w pigułce), pośrednio przyczyniając się do utraty pracy przez szkoleniowca Raptors, który jednocześnie przez kolegów po fachu wybrany został trenerem roku. Dużo trudniej było w przypadku pojedynku z Celtics. W pierwszym meczu James został zatrzymany na 15 punktach, a Cavs rozgromieni 83-108. Celtics prowadzili już 2-0 i 3-2, by za każdym razem dać się dogonić. Kiedy mieli Cavs na widelcu, James w dwóch ostatnich meczach serii rzucił 81 punktów. Wschód znów należał do niego.

Finały? 51 punktów w meczu numer 1. Triple-double w meczu numer 3. To, co najbardziej pozostanie nam w pamięci, to jednak bezsilność Jamesa i całej drużyny w ostatnim spotkaniu tej serii. Golden State Warriors mają po prostu zbyt dużo talentu, by Cavaliers, niesieni na barkach przez jednego LeBrona dali radę się przeciwstawić. Na kilka minut przed końcem Game 4, Tyronn Lue zawołał do siebie Jamesa po raz ostatni. LeBron podziękował rywalom, a publiczność w Q podziękowała jemu.

Jeśli faktycznie będzie to ostatni mecz Jamesa w Cleveland, jakże inne będzie to pożegnanie od tego, które zgotowali mu 8 lat temu. Wtedy to Celtics, prowadzeni przez Wielką Trójkę ,,zamordowali profesjonalną koszykówkę w Cleveland”, a LeBron odszedł do Miami, pozostawiając za sobą rozgniewane miasto. Dziś nikt nie odbierze mu pierścienia, który zdobył dla Cleveland, a patrząc na to, co momentami wyprawiała reszta drużyny, trudno będzie mu się dziwić, jeśli znów postanowi zmienić otoczenie. A jeśli już przy tym jesteśmy – chętnych na jego usługi nie brakuje.

Grzegorz Kordylas
Czytaj także: Warriors bronią tytułu mistrzów!