Choć kibice w Atlancie dawno już przestali liczyć na jakikolwiek sukces ich drużyny w tym sezonie, nie mają prawa czuć się beznadziejnie po występach Hawks. Młodzi podopieczni Lloyda Pierce’a w każdym meczu walczą dzielnie, a dziś postawili twarde warunki Houston Rockets, zaledwie 3 dni po tym, jak ci po raz trzeci w tym sezonie pokonali Golden State Warriors.

 

Atlanta Hawks – Houston Rockets 111:119

Zwycięstwa urwać się nie udało, postraszyć podopiecznych Mike’a D’Antoniego już tak. Trae Young zaaplikował im aż 8 trójek i rzucił najlepsze w sezonie 36 punktów. To, czym Hawks najbardziej zaskarbili sobie szacunek reszty ligi, to jednak przerwanie znakomitej serii Jamesa Hardena.

Po absencji w meczu z Golden State Warriors spowodowanej kontuzją szyi, The Beard wrócił na parkiet, ale nie był do końca sobą. Spudłował wszystkie 10 prób z dystansu, a połowę ze swoich 28 punktów zdobył z linii osobistych. Tak czy inaczej – nie przejął się tym za bardzo.

Dziś po raz pierwszy od kilku dniu mogłem przynajmniej się obracać. To dla mnie duża ulga – przez ostatni czas nie trenowałem ani nie ruszałem się zbyt wiele – szczerze mówiąc spędzałem czas głównie w łóżku.

Trafione, czy nietrafione rzuty – liczy się tylko zwycięstwo.

Kiedy na kilka sekund przed końcem rozstrzygniętego już spotkania dostał piłkę, cała drużyna Hawks pognała w jego kierunku – nie mogli dopuścić, by chociaż taki mały sukces jak ten wypadł im z rąk.

Powtórzyć ten wyczyn będzie niezwykle trudno, dlatego Harden może być pewien, że przez długi czas jego nazwisko z 32 meczami z rzędu na poziomie 30 punktów będzie widniało na liście tuż za Wiltem Chamberlainem. Szanse na dogonienie Wilta i tak były małe (65 spotkań).

Czytaj także: Lakers przegrywają, LeBron zrzuca winę na kolegów!