Lakers zorganizowali spotkanie wewnątrz drużyny, Rajon Rondo wrócił do pierwszej piątki, LeBron trafił game-winnera. Kibicom w LA znów wróciły nadzieje, jednak to, co zapamiętamy z tej nocy najlepiej to kolejna część AD-Dramy, która przybiera coraz dziwniejszy obrót.

 

Przywitany gorąco w Staples Center, lepiej aniżeli w samym Nowym Orleanie, Anthony Davis trafił 10 z 14 rzutów i razem z resztą Pelicans postawił Lakers twarde warunki. My czekaliśmy na zwieńczenie emocji w czwartej kwarcie, a Davis…spędził resztę wieczoru na ławce rezerwowych.

Ograniczanie minut jednemu z najlepszych zawodników w lidze ostatnich lat to doprawdy zła praktyka, nawet jeśli Pelicans nie chcą ryzykować kontuzją swojego gwiazdora zanim ten opuści ich szeregi. AD dokończy sezon spędzając na parkiecie mniej niż połowę spotkań, nieważne czy różnica punktów będzie wynosiła 30, czy 2 punkty i czy akurat będzie potrzebny na parkiecie.

Tak czy inaczej – to był naprawdę dobry mecz, a Lakers momentami wyglądali jak drużyna faktycznie gotowa na play offs.

Najpierw trzeba jednak do nich awansować – póki co James i spółka są od tego jeszcze dalecy.

Różnicę w grze znów zrobił dziś Rondo, który wrócił do pierwszej piątki i rozdał 16 asyst. W końcówce odpowiedzialność na klatę wziął także Brandon Ingram (23pkt) – w pięciu ostatnich meczach 21-latek notuje średnio 26 punktów i 7 zbiórek. Na przestrzeni całego sezonu trudno ocenić go jednoznacznie – więcej regularności i możemy spodziewać się po Ingramie wystrzału, jaki zaprezentował nam w tych rozgrywkach choćby D’Angelo Russell.

Przechodzimy jednak do akcji wieczoru i sprytnej pracy realizatora. Cały internet zastanawia się dziś, co lepsze – rzut Jamesa, czy reakcja Davisa.

 

Trudno o inną reakcję kiedy James trafia tak trudny rzut na zwycięstwo. Po meczu King żartował, że ten w jego wykonaniu był dużo trudniejszy niż ten w wykonaniu Dwyane’a Wade’a.

Czytaj także: Co z tymi Celtics?