Los Angeles Clippers byli o krok od odrobienia ponad 20-punktowej straty przeciwko 76ers. W końcówce, małymi krokami zbliżali się coraz bardziej zmniejszając różnicę. Kiedy na 15 sekund przed końcem zbliżyli się na 4 punkty, Ben Simmons ostatecznie pogrzebał ich szanse na udany comeback.

 

Philadelphia 76ers – Los Angeles Clippers 119:113

Piłka z boku, 15 sekund do końca spotkania. Clippers nadal mają nadzieję na ugranie czegoś w tym meczu – w przeciwnym razie grozi im drugi z rzędu sezonowy sweep przeciwko 76ers. Podopieczni Doca Riversa woleliby tego uniknąć, zwłaszcza, że chwilę wcześniej mieli kilka zatargów z przyjezdnymi – najpierw Patrick Beverley postawił się Joelowi Embiidowi, a chwilę później Jimmy’emu Butlerowi puściły nerwy w przepychance z Averym Bradleyem.

Do zwycięstwa Clippers potrzebowali sporo szczęścia i tyle samo koncentracji. I jednego, i drugiego, w końcówce zdecydowanie zabrakło.

Simmons przechylił szalę zwycięstwa na korzyść Sixers, ale to Embiidowi należą się największe słowa uznania. Środkowy Filadelfii do 28 punktów dołożył 19 zbiórek i toczył bardzo zażarte boje z wysokimi gospodarzy. W końcówce we znaki dawał mu się zwłaszcza Montrezl Harrell (20pkt), który byłby jednym z bohaterów tego wieczoru, gdyby tylko Clippers udało się dogonić rywali.

Doc Rivers pewnie do teraz nie może uwierzyć w to, co się stało. Swego czasu sam mógł śmiać się z rywali, którzy dali się na to nabrać – w końcu pod jego okiem praktykę tę często stosował Rajon Rondo. Nawet w Finałach Konferencji.

Czytaj także: Leonard z rekordem kariery!