Niemal równo rok temu, w piątym meczu pierwszej rundy przeciwko Pacers, ówczesny debiutant, Norman Powell, skradł serca kibiców Toronto i poprowadził Raptors do zwycięstwa po niezwykłym comebacku. Widocznie Game 5 wydobywa z niego to, co najlepsze – dziś bez wielkich meczy ze strony swoich gwiazd, Toronto Raptors po raz pierwszy przejęli kontrolę nad serią.

 

Milwaukee Bucks – Toronto Raptors 93:118 (2:3)

W życiu pewne są dwie rzeczy – śmierć i podatki. Tak mówią. W serii Bucks – Raptors pewne nie jest nic, a logika właściwie nie istnieje.

Wszyscy przekreślali Raptors po meczach 1 i 3. Mało kto wierzył, że choć to oni startują z wyższej pozycji, będą w stanie odwrócić losy serii. Zwłaszcza po tym, jak zostali zmieceni z parkietu w pierwszym meczu w Milwaukee. Tymczasem oni najpierw użyli swoich gwiazd do dramatycznego zwycięstwa w Game 4, po czym na piąty mecz serii zachowali dwie tajne bronie.

Serge Ibaka (19pkt) Norman Powell (25pkt) zazwyczaj ustępują miejsca w hierarchii zespołu na rzecz Kyle Lowry’ego (16pkt/10as) DeMara DeRozana (18pkt). Nie dziś. Jeden z nich wylądował w Toronto zimą. Dla drugiego, obecny sezon był dopiero drugim na zawodowych parkietach. Dla kibiców w Air Canada nie ma to znaczenia – jeśli tylko Raptors awansują do drugiej rundy PO, wszyscy w Toronto gotowi będą nadać im tytuł honorowych obywateli.

Ibaka rozpoczął mecz od celnej trójki, mając w zanadrzu także kilka dunków dla obrońców Bucks. Już pierwsze minuty spotkania pokazały, która drużyna dzisiejszej nocy ma w sobie więcej energii:

https://www.youtube.com/watch?v=z-v9ZqD9qBM

Ibaka, to co najlepsze, zostawił jednak na bronioną stronę parkietu. W pierwszej kwarcie zatrzymał Giannisa Antetokounmpo (30pkt/9zb) na skuteczności 1/6, co w znacznym stopniu przeszkodziło Bucks w złapaniu rytmu i dotrzymaniu tempa nakręconym gospodarzom. W efekcie Raptors szybko zbudowali dwucyfrową przewagę. W drugiej kwarcie Giannis uwolnił się nieco spod opieki Ibaki i przywrócił Bucks do gry, dominując w pomalowanym:

To on był dziś jedyną nadzieją Milwaukee. Khris Middleton zmagał się z chorobą i rzucił zaledwie 8 punktów. Poziom trzymali właściwie tylko dwaj gracze (oprócz Giannisa), na których Jason Kidd może liczyć w każdy meczu tej serii – Greg Monroe (11pkt)Malcolm Brogdon (19pkt). Bucks mieli ogromne problemy, by nadążyć za graczami Raptors, którzy trafiali z 57% skutecznością.

Sprawdź jakie produkty wybraliśmy dla Ciebie!

Historią meczu był Norman Powell. W dwóch pierwszych meczach serii, wychowanek UCLA spędził na parkiecie w sumie 6 minut. Dwane Casey postawił na niego od początku Game 4 i Norm odpłacił się solidnym występem. To, co najlepsze, zostawił jednak na powrót do Toronto. Powell rozegrał prawdopodobnie najlepszy mecz w swojej dotychczasowej karierze. Trafił wszystkie 4 próby z dystansu i był wulkanem energii po obu stronach parkietu. Postawienie na niego póki co okazało się czynnikiem zmieniającym oblicze całej serii.

Raptors odzyskali kontrolę nad meczem w drugiej połowie, tylko na chwilę pozwalając gościom zbliżyć się na mniej niż 10 punktów. W czwartej kwarcie zwieńczyli dzieła, konsekwentnie zwiększając przewagę i zniechęcając Bucks do dalszej walki. Między innymi, w taki sposób:

Nie ma rzeczy, której Norman Powell nie robiłby dziś na parkiecie. DeMar DeRozan i Kyle Lowry zrobili swoje, ale to Norm jest powodem, dla którego Raptors po raz pierwszy w tej serii objęli prowadzenie. Aha, i jeszcze jedno:

Vasquez rozegrał w tym sezonie 3 mecze w barwach Brooklyn Nets. Powell i Ibaka właśnie robią co mogą, by wyeliminować Bucks w pierwszej rundzie PO. Mówiłem, że logika tu nie istnieje.

DeRozan trafił trójkę, która na 2:46 przed końcem zwiększyła przewagę Raptors do 23 oczek i był to nokautujący cios. Gospodarze ani na chwilę nie stracili prowadzenia, odkąd Powell skompletował akcję 2+1 przy stanie 11:11. Game 6 w nocy z czwartku na piątek. Obie drużyny muszą potraktować go jak Game 7. Dla Raptors nie ma już miejsca na błędy, jeśli chcą osiągnąć w tym roku coś więcej, niż kilka udanych meczów w serii. Dla Bucks, cały sezon sprowadza się do czwartkowego spotkania i jeśli polegną, mogą pakować walizki i zamawiać hotel gdzieś po drugiej stronie globu.

Czytaj także: Co dalej z Indiana Pacers?
fot.Mark Blinch
Grzegorz Kordylas
@NBAwithGK