4 sekundy dzieliły Carmelo Anthonego od zostania bohaterem Oklahoma City po raz pierwszy. Gdy kibice w Chesapeake Energy Arena świętowali już zwycięstwo, Wolves, pozbawieni timeoutów, wyprowadzili piłkę spod własnego kosza, a Andrew Wiggins przypieczętował ich drugie zwycięstwo w sezonie dalekim rzutem o tablicę.

 

Minnesota Timberwolves – Oklahoma City Thunder 115:113

Carmelo Anthony (23pkt) jeszcze przez dłuższą chwilę nie mógł uwierzyć, jak to się stało, że Andrew Wiggins (27pkt) odebrał mu miano bohatera wieczoru.

W momencie oddawania rzutu, Melo był 1/6 za trzy, a mimo to Billy Donovan pod niego rozpisał najważniejszą akcję tego meczu dla gospodarzy. Russell Westbrook (31pkt/10as), który chwilę wcześnie wyczyniał cuda, do jakich zdążył nas przyzwyczaić w poprzednim sezonie, oddał Anthonemu piłkę i zastawił Taj Gibsona, a Carmelo bez zastanowienia umieścił ją w koszu dając Thunder prowadzenie. Prowadzenie, z którego cieszyli się dokładnie przez 4.7 sekundy.

Thunder przez niemal całą drugą połowę gonili wynik, a trójka George-Anthony-Westbrook kontynuowała złą passę sięgającą jeszcze meczu z Utah Jazz. Russ trafił tylko 3 z 10 rzutów w pierwszej połowie, a Paul George (14pkt, 6/20 z gry) i Melo przez cały mecz mieli problemy ze skutecznością daleko od kosza. Wolves raz po raz wychodzili nawet na kilkunastopunktowe prowadzenie, ale czuć było w powietrzu, że gospodarze nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. W istocie, Russell Westbrook zostawił to, co najlepsze, na czwartą kwartę, w której rzucił 15 punktów, w pewnym momencie 7 z rzędu dla OKC. Tak jak w minionym sezonie, mimo dwóch All-Starów więcej w składzie, niemal w pojedynkę poprowadził comeback, który tym razem nie zakończył się happy endem. Przez całe spotkanie świetną robotę dla Thunder wykonywał także Steven Adams (17pkt/13zb).

Kolejny cichy mecz w barwach Wolves zaliczył Jimmy Butler (15pkt). W końcówce Butler trafił co prawda ważny i trudny rzut nad Paulem George’m, a chwilę później, w kluczowej dla losów meczu (choć nie ostatniej) akcji, odnalazł Karl-Anthony Townsa (27pkt/12zb), który dokończył dzieła, ale z pewnością Jimmy Buckets nie odnalazł jeszcze w pełni swojej gry w Minneapolis. W zeszłym sezonie Butler rzucał prawie 24 punkty na mecz – póki co Timberwolves radzą sobie bez nich, ale możemy być pewni, że więcej oczek na jego koncie jest tylko kwestią czasu.

Co do KAT-a:

Towns to pewny punkt tej drużyny i zawodnik, o którego dyspozycję Tom Thibodeau z pewnością noc w noc jest najbardziej spokojny. Ostatecznie bohaterem gości okazał się ich najbardziej nieprzewidywalny zawodnik. Przed oddaniem ostatniego rzutu, Wiggins, dokładnie tak jak Anthony, trafił z dystansu tylko 1 z 6 rzutów. W końcówce przeplatał dosłownie wybitne zagrania z air ballami, ale bez wątpienia Andrew pracuje na to, byśmy patrzyli na niego jak na wspaniałego zawodnika, a nie zawodnika, który wspaniale zarabia. Świetną robotę dla Timberwolves w crunch time robił Jeff Teague, który przez cały czas grał agresywnie i wymuszał faule na obrońcach Thunder. Na przestrzeni całego meczu to Timberwolves sprawiali lepsze wrażenie, ale kto pamiętałby o tym, gdyby ostatni rzut Wigginsa nie wpadł do kosza?

Okazję do rewanżu Thunder będą mieli już w piątek. Tym razem, w Minneapolis.

Grzegorz Kordylas
fot. Minnesota TImberwolves / Twitter
Czytaj także: Irving zwyzywał kibica, nie żałuje