Bez Duranta, Looneya, prawdopodobnie bez Klaya Thompsona. Przed Golden State Warriors arcytrudny test – czy w meczu numer 3 wystarczy im argumentów, by zatrzymać Raptors?

 

W pierwszych minutach drugiej połowy Game 2, Warriors znów wyglądali jak dynastia, która zdominowała ligę w ostatnich latach. Raptors nie byli w stanie dojść do czystej pozycji rzutowej, tracili piłkę, nie potrafili zatrzymać Dubs w defensywie. Wszystko układało się po myśli podopiecznych Steve’a Kerra i choć zwycięstwo w meczu numer 2 stało się faktem, reszta serii stoi dla nich pod dużym znakiem zapytania.

Mało brakowało, a Warriors straciliby prowadzenie w ostatnich sekundach i wracali do Oracle Arena z nożem na gardle. Raptors rzucili 10 punktów z rzędu i byli o rok od przechwycenia piłki, która koniec końców w kontrowersyjnych okolicznościach okazała się piłką meczową. Nie było to jedyne zmartwienie Steve’a Kerra w tamtym spotkaniu. Przez feralny upadek z reszty sezonu wykluczony Kevon Looney, który wykonywał tej wiosny tytaniczną pracę dla reszty zespołu. Pod znakiem zapytania stoi także występ Klaya Thompsona. Wczoraj Klay wyszedł na trening i oddał sporo rzutów, ale oprócz tego nie robił zbyt wiele. Naderwanie ścięgna udowego nie jest urazem, z którym będzie w stanie grać na 100%. Sam zawodnik przyznał, że o lekarze zadecydują o jego występie na chwilę przed meczem. Dla Warriors to coś zupełnie nowego – jeszcze nigdy w swojej karierze Thompson nie opuścił meczu play offs.

Plusy? Drugi mecz Finałów był przełomowym momentem dla DeMarcusa Cousinsa. Przed tym sezonem Boogie nie rozegrał ani jednego meczu play offs w swojej karierze. W drugim meczu pierwszej rundy doznał kontuzji, która miała wykluczyć go także z reszty tej fazy pucharowej. Tak się jednak nie stało. W meczu numer 1 Cousins odegrał marginalną rolę, kilka dni później – był jednym z najważniejszych zawodników na parkiecie.

Jeśli Warriors mają nadal dominować, Cuz nie może spuszczać z tonu. Nadal nie jest w 100% sobą – widać to choćby po jego dynamice. Jednak umiejętności i przegląd pola zrobiły diametralną różnicę – Dubs z nim na parkiecie zdobywali średnio aż o 25 punktów na 100 posiadań więcej, niż bez niego. Zbierali także 78% piłek w defensywie. Bez Cousinsa, liczba ta spadała do niecałych 48%.

Co z Raptors? Kyle Lowry w dwóch pierwszych meczach zdobył zaledwie 20 punktów. I choć w pierwszym meczu 7 oczek nadrobił znakomitą grą, a Raptors nie odczuli jego braku skuteczności dzięki znakomitym występom Siakama i Leonarda, w niedzielę zdecydowanie zabrakło im jego agresji. Rozgrywający Toronto wie, że to nie może się powtórzyć.

Muszę robić wszystko co w mojej mocy, by pomóc drużynie. Na wyjeździe będę szukał więcej okazji do rzutu, będę bardziej agresywny. Zawsze gram lepiej na wyjazdach. Tak już mam. To na parkiecie przeciwnika trzeba być twardszym niż zwykle, a ja to uwielbiam.

Święte słowa i jeśli Lowry zamieni je w czyny, może stać się dziś w nocy nie mniejszym bohaterem Toronto, niż Kawhi Leonard. Raptors będą potrzebowali także Pascala Siakama w formie z meczu numer 1. Kameruńczyk wszedł w swoje pierwsze Finał z grubej rury, jednak w Game 2 spuścił nieco z tonu. Draymond Green wykonał kawał dobrej roboty zatrzymując Spicy P na 12 punktach na 27% skuteczności. Jeśli Raptors chcą stanowić zagrożenie na najtrudniejszym parkiecie w USA, będą musieli znaleźć receptę na defensywę Dubs.

Trudno wskazać faworyta. Jedna i druga drużyna jest w stanie odwrócić losy meczu jednym runem. Warriors, nawet pozbawieni kluczowych zawodników, to nadal mistrzowie NBA. Raptors to drużyna głodna sukcesów, w którą wierzy już nie tylko Kanada, ale także całe USA z wyjątkiem Bay Area.

Jakkolwiek miałoby się to nie skończyć – liczymy na wojnę na parkiecie. Początek meczu o 3:00 naszego czasu.

fot. Getty Images
Czytaj także: DeRozan nadal kibicuje Raptors