John Calipari rozpoczął swoją pracę dla Uniwersytetu Kentucky w 2009 roku. Od tego czasu do dzisiaj 28 zawodników z tej uczelni trafiło do NBA. To średnio 4 na rok. Łączy ich sukces finansowy i często statystyczny, ale też łączą ich porażki w walce o najwyższe cele.

Pierwszy koszykarz z Kentucky trafił do NBA w 1947 roku i był nim Bob Cluggish. Jego przygoda z New York Knicks potrwała zaledwie jeden sezon, w którym rozegrał 54 mecze, trafiając w nich ze skutecznością 26% z gry. Zaczynając od niego aż do czasów Calipariego do najlepszej ligi świata trafiło 66 zawodników, czyli niewiele ponad 1 na sezon. Skąd zatem się wzięła taka dysproporcja? Odpowiedź daje sam Calipari, który w trakcie rekrutacji zawodników na uczelnię jako argument przetargowy podaje łatwość dostania się do NBA i zarobienie w niej konkretnych pieniędzy.

Jednego Calipariemu nie można odmówić. Zawodnicy wychodzący spod jego ręki szybko potrafią odcisnąć piętno na NBA. Szybko dostają się do pierwszych piątek swoich drużyn, a często są ich liderami. Potwierdzają to Anthony Davis, John Wall, DeMarcus Cousins, Eric Bledsoe czy Karl-Anthony Towns. Na tym jednak póki co się kończy. Dobra gra indywidualna nie pociąga za sobą sukcesów drużyny.

Proces nauki bycia liderem nie jest łatwy. John Calipari być może produkując taśmowo kolejnych zawodników do NBA i wysyłając ich do niej po zaledwie roku gry, zapomina o tym, co później muszą nadrobić trenerzy już na najwyższym poziomie. Chodzi o rozwój mentalny zawodników, który nie pozwala im wchodzić na taki poziom, jaki jest od nich oczekiwany.

Sukcesy są jednak możliwe

Najlepszy przykład zawodnika, który nie trafił do NBA ze znakiem jakości „Calipari” jest Kawhi Leonard. Wyszedł z uczelni San Diego State, gdzie grał przez dwa lata, po czym sprawdził się w lidze na tyle, że ma już na koncie tytuł MVP finałów i dwie nagrody dla najlepszego obrońcy ligi. Kolejny to Paul George, który nie miał szans wyjść spod skrzydeł Calipariego, ale on doprowadził Indiana Pacers jako lider do finałów konferencji.

To co łączy produkty spod znaku Kentucky to brak wyników drużynowych. W finale NBA nie grał bowiem żaden z 28 jego byłych podopiecznych, w finale konferencji tylko Patrick Patterson i Terrence Jones. W półfinałach konferencji grali John Wall, Eric Bledsoe (jeszcze z Clippers), Jodie Meeks (jeszcze z 76ers) i DeAndre Liggins. Kilku jeszcze udało się wejść do playoff i na tym koniec. Drużyny zatem wcale nie stały się lepsze, chociaż wiadomo, że nie tylko od samych graczy po Kentucky zależy sukces zespołu.

Brak cech dobrego lidera

Czterej gracze z całej listy to dzisiaj ewidentne numery 1 w swoich zespołach. Każdy z nich jest typowany na wielką gwiazdę (Karl-Anthony Towns), albo już nią jest (Davis, Wall, Cousins). Jako liderzy jednak się nie sprawdzają. Davis nie jawi mi się jako ktoś kto ciągnie za sobą drużynę. Jest raczej cichym typem lidera, który próbuje budować swoją pozycje grą na boisku.

John Wall to z kolei zawodnik, który jako jedyny w całym towarzystwie dyryguje swoim zespołem, oczywiście z racji pozycji na boisku, na której występuje. Dwa razy wszedł z Wizards do półfinału konferencji i chwała mu za to. Potem jednak z drużyny zaczęli odchodzić weterani, którzy trzymali szatnię jak Trevor Ariza czy Paul Pierce i drużyna zaczęła grać dużo gorzej. Na domiar złego media głośno w ostatnie lato spekulowały o rzekomym konflikcie między Wallem a Bradleyem Bealem o palmę pierwszeństwa w zespole. To nie mogło dobrze wpłynąć na odbiór Walla jako potencjalnego lidera.

Cousins to już zupełnie inna historia. Sacramento Kings są uważani za najbardziej dysfunkcyjną drużynę, a Cousins jest jej twarzą. Jego konflikty z kolejnymi trenerami, głównie Paulem Westphalem i Georgem Karlem, odstraszają potencjalnych nabywców praw do niego. Kilka tygodni temu pojawił się raport mówiący o tym, że to może być jeden z ostatnich momentów, w którym Kings mogą coś ugrać na Cousinsie. Inne drużyny jednak boją się zaryzykować zniszczenie chemii graczem, który nie gwarantuje jak dotąd nic poza statystykami.

Z punktu widzenia obserwacji, którą prowadzimy z Polski, najlepszym kandydatem na lidera wydaje się Karl-Anthony Towns. Ma za sobą rok pobierania nauki od Kevina Garnetta, ma teraz obok siebie trenera, który już udowodnił, że jest w swoim zawodzie bardzo dobry. Jest pewny siebie, ale nie na tyle, żeby niszczyć własną szatnię. Przynajmniej jak dotąd żadne takie informacje nie ujrzały światła dziennego.

Kolejna fala w drodze

Kandydaci na następne gwiazdy są już w drodze. Devin Booker już mocno pcha się w kierunku bycia graczem numer jeden Phoenix Suns, Jamal Murray jako debiutant pokazał już kilka razy, że ma papiery na bycie najlepszym w Denver Nuggets. Dodatkowo według mocku serwisu DraftExpress, kolejnych 4 zawodników jest wśród 60 najlepszych dostępnych zawodników kolejnego draftu.

Calipari podtrzyma zatem swoją średnią, ale czy doczeka się wreszcie wyników potwierdzających, że wybieranie jego graczy może się wiązać z poprawą wyników. A to jest najważniejszą miarą sukcesu.

fot. Andy Lyons
Piotr Zarychta
@PiotrZarychta