Bohater pierwszej rundy play offs. Pogromca OKC Thunder, których wyeliminował jednym z najbardziej epickich rzutów w historii NBA. W serii z Denver Nuggets był ostoją swojego zespołu i do spółki z CJ McCollumem poprowadził Portland do meczu numer 7. Od tamtego czasu, jego skuteczność diametralnie spadła, a Blazers polegają głównie na McCollumie.

 

To nie jest tak, że Lillard zniknął całkowicie. W Denver otarł się o triple-double zbierając i prowadząc grę, był jednym z największych walczaków na parkiecie, a kiedy przyszedł czas na rozstrzygnięcie losów meczu, trafił 2 ważne trójki w czwartej kwarcie.

Dziś systematycznie próbował dostawać się na linię osobistych, z której trafił wszystkie 9 rzutów, nadrabiając nieco słabszą dyspozycję z gry. Nie forsował rzutów na siłę i starał się angażować kolegów. Nie tego jednak oczekujemy od jednego z najlepszych rozgrywających na przestrzeni ostatnich lat.

Dame trafił dwa pierwsze rzuty z gry – trójkę nad Draymondem Greenem w pierwszej minucie meczu i efektowny jumpshot nad Stephenem Currym po serii dryblingów. Nieźle. Warriors szybko wyciągnęli jednak wnioski i dopilnowali, by przez kolejne 30 minut żadna z jego prób z gry nie zakończyła się punktami dla Blazers. Radzili sobie z nim, wysyłając naprzeciw kilku różnych obrońców, wychodząc wysoko po pick&rollach, a kiedy już uporał się z zasłoną i uciekł od podwajania, pod koszem zazwyczaj czekał na niego kolejny rywal. Mówiąc krótko – zamknęli mu każdą możliwą drogę do zdobywania punktów.

Mimo tego w pierwszej połowie Dame’owi udawało się angażować podkoszowych, znajdując ich na wolnych pozycjach. Robił co mógł, by dostawać się także na linię osobistych. Do pewnego momentu Blazers utrzymywali się bardzo blisko, choć oglądając spotkanie miało się wrażenie, że Dubs prowadzą co najmniej 20 punktami.

Czwarta kwarta totalnie wymknęła się jednak gościom spod kontroli. Warriors w końcu zwiększyli przewagę i przejęli kontrolę nad meczem, a Blazers musieli pogodzić się z faktem, że ich backcourt z kretesem przegrał pierwszą bitwę tej serii. Splash Brothers byli tego wieczoru o klasę wyżej, niż ich rywale. Pomijając już problemy Lillarda i McColluma (7/19 z gry, 1/5 za trzy) w ataku, nie mieli oni żadnej odpowiedzi na Stephena Curry’ego i Klaya Thompsona po drugiej stronie parkietu. Jeśli to się nie zmieni – Trail Blazers będą mieli duży problem.

Oczywiście wiemy jak działają play offy i serie do 4 zwycięstw. Wiemy na co stać Damiana Lillarda, który poprowadził już w tym sezonie Blazers do dwóch zwycięstw nad Golden State, rzucając im średnio 28 punktów na mecz. Game 1 musi potraktować on jednak jako pobudkę. Jeśli nie weźmie na siebie większej odpowiedzialności – po przenosinach do Portland może być już za późno.

Game 2 w nocy z czwartku na piątek.

fot. Twitter
Czytaj także: Zion niezadowolony z wyników loterii?!