Rok temu Kyrie Irving obiecał kibicom w TD Garden, że jeśli ci będą go wspierać, podpisze w Bostonie nowy kontrakt. Najwyraźniej wsparcie nie było wystarczające, skoro Kyrie jest dziś na Brooklynie. Czy fani w Bostonie mają czego żałować?

Owszem – Kyrie gra dziś prawdopodobnie najlepszą koszykówkę w swoim życiu. W debiucie dla Nets rzucił 50 punktów, od początku sezonu notuje średnio 31/6/7 i robi rzeczy, które przyprawiają nas o zawroty głowy.

A jednak – wreszcie wydaje się, że w składzie Celtics wszystko jest na swoim miejscu.

Wysuwanie wniosków po 7 meczach sezonu regularnego to jak wystawianie recenzji książce po przeczytaniu epilogu. Jednym słowem – nonsens. Ale pierwsze obserwacje zdążyliśmy już sobie zanotować. Pamiętacie Celtics z sezonu 17/18? Bez Haywarda i Irvinga w play offach, zgranych, walczących o każde posiadanie. Dziś widzimy jakby lepszą wersję tej drużyny – poukładaną przez Brada Stevensa, wzmocnioną Kemba Walkerem i coraz bardziej pewnym siebie Gordonem.

Celtics zdążyli pokonać już Toronto Raptors i Milwaukee Bucks – dwójkę Finalistów Konferencji z minionego sezonu. Tracą 102 punkty na mecz – to drugi wynik na Wschodzie. W niemal doskonałym starcie nie ma przypadku – bez presji, która ciążyła na tym zespole przez ostatnie dwa lata, wreszcie wyglądają na drużynę, a nie zbitek indywidualności.

Hayward, Walker i Tatum – każdy z nich notuje średnio ponad 20 punktów na mecz. Jaylen Brown, przez infekcję nogi, rozegrał do tej pory tylko 4 mecze. Enes Kanter walczy z kontuzją kolana.

Jak dobrzy mogą być Celtics w pełni sił?

Czytaj także: MJ nie jest fanem odpoczywania!